Żeby mi się chciało tak, jak mi się nie chce...
W moim przypadku to powiedzenie staje się powoli normą przez cały tydzień, a bycie szefem samemu sobie tylko pogarsza sprawę.
Jak to zmienić?!
Sam jestem sobie winien. Zawsze byłem minimalistą, co najwyżej czasami udawało mi się wyznaczyć jakiś "większy" cel, byle nie był zbyt odległy (czyt. nie wymagający za dużo nakładu pracy).
Mam rodzinkę, mieszkanie, samochód, małe oszczędności, brak kredytów mam co jeść, mam za co jechać na wakacje. Wszystko w "średniej jakości" oczywiście, bo więcej mi się nie chce, a możliwości mam skoro udaje mi się zmusić się do pracy góra dwa dni w tygodniu.
Ja więcej nie potrzebuję, ale... żona. Dom, dom, dom. Ciągle to samo, dzień w dzień. A przecież żeby zbudować choćby średni domek, to trzeba pracować dzień w dzień i to przez kilkanaście (kilkadziesiąt) lat! Rok, no powiedzmy góra 3 lata, to może bym potrafił się zmobilizować (już mi się tak kiedyś udawało), ale dłużej?
Może kredyt? Ze względu na mój "zapał" do pracy kredyty zawsze omijałem szerokim łukiem, ale może właśnie gdybym był przyciśnięty do muru, to wreszcie znalazłoby się lekarstwo na moje lenistwo?
Przecież potrafię, kiedyś właśnie podstawiony pod ścianą potrafiłem pracować non stop przez dwa tygodnie, po 20 godzin dziennie, do tego godzina na higienę z wyżywieniem, 3 godziny na sen i tak 14 dni z rzędu. Sęk w tym, że potem przez miesiąc leżałem do góry brzuchem...
Dotychczas sam sobie radziłem ze swoimi problemami i chyba ten wpis jest kolejnym wołaniem o pomoc do samego siebie, które w końcu przyniesie skutek.
Może od poniedziałku?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz